
galeria przywóz dzwonu do łęgowa z Viersen zdjęcia
Szóstka Niemców “wychodziła” w urzędach zwrot dzwonu zrabowanego pod koniec wojny z pomorskiego kościoła
Zinwentaryzowane na początku okupacji, prawie wszystkie trafiły do hut. Przetapiano je, a z uzyskanej miedzi, cyny i cynku robiono w fabrykach zbrojeniowych elementy dział, urządzeń optycznych i elektromechanicznych do czołgów. Szansę na ocalenie miały jedynie dzieła sztuki ludwisarskiej, które zawierały herb wielkiego mistrza zakonu krzyżackiego lub inne ślady niemieckiej świetności.
Dzwony z kościółka w Łęgowie przywieziono na gdański dworzec pod koniec lipca. Największy ważył ponad 300 kg, drugi, nieco mniejszy, był o dwadzieścia lat starszy. Odlano go w 1625 roku. Komplet uzupełnia trzydziestocentymetrowa sygnaturka. Wszystkie trzy zamówił zakon cystersów.
Byłbym małym petentem
Dzwony ocalały i zawisły po wojnie na wieżach trzech bawarskich kościołów i gdyby nie dociekliwość ks. Zygmunta Iwickiego, nikt by się o tym nie dowiedział.
- Gdy zbierał w Niemczech materiały do doktoratu o cystersach odkrył, że ocalały – wspomina Grzegorz Rafiński, proboszcz z Łęgowa. – Potwierdzenie uzyskałem w Centralnym Archiwum Dzwonów w Norymberdze. Dwa największe były w idealnym stanie, jedynie sygnaturka została na zlecenie miejscowego proboszcza przetopiona w latach 70.
Prałat Rafiński nie miał złudzeń – jemu dzwonów nikt nie odda. Ale jeśli o zwrot zagrabionych zabytków prosiliby Niemcy, może się udać.
- Nawet nie próbowałem sam nic załatwiać. Dla tamtejszych urzędników i władz kościelnym byłbym jakimś polskim księżulkiem. Małym petentem. Wiedziałem, że swoich rodaków potraktują poważnie.
Proboszcz się nie mylił.
Dwa tygodnie temu dostał umowę potwierdzającą, że parafia z Viersen koło Aachen przekaże nieodpłatnie dzwon do Polski.

